im. Książąt Marii i Włodzimierza Czetwertyńskich

Wyniosłem to z rodzinnego domu

 

prezes_1

WYNIOSŁEM TO Z RODZINNEGO DOMU

rozmowa z Albertem Czetweryńskim, prezesem fundacji

A.K.K.: Skąd pomysł powolania fundacji?

A.Cz.: Na niwie charytatywnej działam od lat. Fundacja jest w pewnym sensie rozwinięciem i dopełnieniem tych poczynań. Można powiedzieć, że skłonność do działalności charytatywnej wyniosłem z rodzinnego domu. Moja matka, Ewa Czetwertyńska (z domu baronówna Buxhoevden) przez całe życie pomagała ludziom w potrzebie. Znamienne, że czyniła tak nie tylko wtedy, gdy była bogatą i wpływową arystokratką z książęcym tytułem, ale także wtedy, gdy po wojnie zarówno w kraju jak i potem na emigracji borykała się z kłopotami materialnymi i cała rodzina z trudem wiązała koniec z końcem. Po prostu uważała, ze obowiązkiem człowieka jest dzielenie się z innymi tym, co się posiada. Zapamiętałem te nauki na całe życie.

Przeżyłem prawie 30 lat w Kanadzie i miałem dość czasu i okazji, by przyjrzeć się z bliska, jak w tym kraju wygląda życie emeryta czy rencisty. Tam świadczenia na rzecz seniorów są na tyle wysokie, iż pozwalają im na godną, dostatnią egzystencję. I gdy teraz mieszkam w Polsce i widzę, jak żałośnie niskie są emerytury i renty wypłacane przez ZUS, odczuwam wyraźny dyskomfort psychiczny. Bo niby dlaczego w Kanadzie można zapewnić ludziom bezpieczną ispokojną starość, a u nas to ciągle mrzonka i utopia? 

Dlatego uważam, że bezcenna jest każda forma pomocy dla ludzi starszych, zwłaszcza tych najsrożej skrzywdzonych przez los. Stąd pomysł powołania fundacji.

A.K.K.:Czas trochę uchylić zasłonę prywatności.

Na początek: stan cywilny

A.Cz.: W 1967 r. poślubiłem w Londynie Elżbietę Thullie. Mimo obco brzmiacego nazwiska, ta wywodząca się z Francji rodzina była od wieków spolszczona i wielokrotnie dowiodla swego patriotyzmu. Dość powiedzieć, że dziadkiem mojej zony był gen. Jan Thullie, jeden z bohaterskich dowódców obrony Lwowa w 1918 r.

Mamy czworo dzieci: Kinga (po mężu Polack, mieszka pod Toronto), Paola (po mężu Prejsnar, mieszka w Warszawie), Anita (po mężu Rostworowska, mieszka w Montrealu) i Marek (mieszka w Warszawie). Córki obdarzyły nas sześciorgiem wnucząt: 4 dziewczynki i 2 chłopców.

Znak zodiaku:

Wodnik.

Zalety:

Niech o tym mówią inni. Oczywiście, o ile dostrzegają we mnie jakieś pozytywne cechy. Ja wspomnę tylko o jednym – poczytuję sobie za zaletę upór, z jakim od lat walczę w imieniu rodziny o odszkodowanie za pałacyk w Alejach Ujazdowskich, który po wojnie komunisci zagrabili i odsprzedali Amerykanom. Dziś mieści się tu ambasada USA. Nie tracę nadziei, że kiedyś wreszcie sprawiedliwości stanie się zadość.

Wady:

Proszę spytać o to moją żonę. Ona z pewnością poda całą listę…

Hobby:

Uwielbiam podróże i znam spory kawał świata. Namietnie gram w tenisa – mimo ukończonej siedemdziesiątki, dwa razy na tydzień stawiam się na korcie.                Lubię grać w brydża.

Ulubione potrawy:

Dobrze przyrządzone ryby morskie. Z rarytasów „od wielkiego dzwonu” – uwielbiam ostrygi. Wśród zup preferuję szczawiową, a z deserów najbardziej lubię baklawę – bardzo słodkie ciasto, przysmak popularny m.in. na Bałkanach i w Grecji.

Ulubione trunki:

Zdecydowanie whisky (byle nie kanadyjska…). Lubię też czerwone wino.

A.K.K.: Gdyby mógł Pan zabrać na bezludną wyspę tylko trzy książki…

A.Cz.: Na pewno wybrałbym „”Lorda Jima” Conrada ( to mój ulubiony pisarz, przeczytałem chyba wszystkie jego książki, część po polsku, część po angielsku).Zabrałbym też „Czarodziejską górę” Manna. A trzecia książka?  Chyba coś z Hemingwaya. Może „Stary człowiek i morze”?

A.K.K.: Co uważa Pan za swój największy sukces życiowy?

A.Cz.: Przez trzy lata studiowałem historię na Uniwersytecie Warszawskim, ale potem musiałem wyjechać wraz z całą liczną rodziną do Kanady (UB postawiło warunek: albo emigrują wszyscy, albo nikt). I tak znalazłem się na obczyźnie, bez studiów, bez pieniędzy, bez znajomości angielskiego. Chciałem studiować medycynę, ale to bardzo kosztowne studia, a my byliśmy biedni jak mysz kościelna. Pracowałem, nauczyłem się języka, uciułałem trochę grosza i wreszcie zdałem bardzo trudny egzamin na prestiżowy uniwersytet McGill w Montrealu. Z tym, że nie na medycynę, lecz na biochemię. Czyli na kierunek bardzo odległy od moich dotychczasowych zainteresowań. To, że ukończyłem te studia z dobrym wynikiem, poczytuję sobie za sukces. Zwłaszcza, że jednocześnie ciężko pracowałem, bo miałem już na utrzymaniu żonę i dwie córki.

A mając dyplom McGilla, zacząłem pracować w branży farmaceutycznej i z czasem doszedłem do stanowiska wiceprezydenta wielkiej firmy o światowym zasięgu. To był dla mnie autentyczny powód do dumy.

Czuję się spełniony życiowo i to pod każdym względem. I może dlatego chcę pomagać tym, z którymi los nie obszedł się tak łaskawie.

Prezesa poddał „przesłuchaniu” – Andrzej Kołpak Klewszczyński

Możliwość komentowania jest wyłączona.